- powiem, wszystko powiem, nawet to wam powiem, czego nie wiem.
Służbę zacząłem z powodów genetycznych. Dziadek, ojciec, wujek, cała nasza rodzina, każdy z bliższych, czy dalszych moich krewnych, był w tej armii żołnierzem, prostym przynieś - wynieś.
Każdy też, kto dawał się szybko poznać, zdobywał uznanie u szefa i piastował godność zwyczajnego cyngla na posyłki. Jak się wykazał pod kątem zabjalności, mógł liczyć na awans.
Moje pierwsze zadanie było dziecinnie proste.
Opowiem, choć co to da?
Dostałem cynk, że wylosowano dla mnie bezpłatne stypendium i że jestem upoważniony do wyjazdu na Sycylię celem podnoszenia kwalifikacji.
Lubię sobie podnosić byle co, szczególnie wtedy, gdy mnie to gila. Najwyżej szarpnę się na zakup rozpylacza, bo słyszałem, że tam każda spluwa jest na wagę kicia i nikt mi nie da postrzelać za Bóg zapłać, no, ale mówi się trudno i kocha się dalej.
Jednakże, zanim zdążyłem się gruntownie ucieszyć, przyszedł kolejny SMS i już nie miałem z czego być zadowolony, bo nakazano mi wracać do domu i dokąd nie zrobię porządku z B., mam dać sobie spokój z Sycylią.
Powiadano o nim, że prowadzi lewe machloje na boku. B., którego zdjęcia figurowały w każdej szanującej się komendzie, lider palantów z dolnego przedmieścia,, jako przedstawiciel Konkurencyjnego KLUBU, był to za dnia potulny komiwojażer posiadający rodzinę i gustowne lumbago.
Ale pod wieczór, gdy wychodził z domu, żegnany rozkochanymi serenadami pod tytułem ach kiedy, ach kiedy powrócisz jedyny, z głupola przeobrażał się w człowieka czynu, któremu nikt nie podskoczy. Wzrok miał wtedy ostry jak brzytwa, marynarkę z kuloodpornymi guzikami i spawalnicze lenonki dla picu.
Na górze postanowiono utłuc go bez odwołania i ja miałem dać mu krzyżyk na drogę.
Chociaż był z niego dosyć porządny obwieś, KLUB zdecydował, że dosyć się nażył i że pora mu do piachu.
Został uzgodniony do odstrzału na najbliższy wtorek, w dzień targowy, gdy do miasteczka ściągają najbogatsi handlarze końmi rasy wyścigowej, a we wszystkich przydrożnych zajazdach nie idzie wetknąć czapki z daszkiem.
***
Dzień przed egzekucją zapowiadał się fest, toteż z lekko uniesioną brwią filuta, udałem się do przygotowanej czatowni.
Uzbrojony w kordelas z tłumikiem i fuzję na trefne charaktery, już od rana siedziałem na rozwalającym się zydlu.
Była to zaciszna dziupla samochodów z odzysku po kapusiach, było to rumowisko przestrzelonych dętek i sparciałych opon. Tam i sam ścieliły się żebrowane truchła kaloryferów, tu i ówdzie wynurzała się drżąca ze strachu i trzęsąca się z zimna opuszczona uszczelka, a gdzie nie spojrzeć, nie było nic widać.
W nocy, gdy nawet szczury pokładły się na zasłużony odpoczynek i ustał wszelaki chrobot, bunkier popiskujący gryzoniami gadającymi przez sen ożywił się i zajechała furgonetka do przewozu podejrzanych osób, z której wyguzdrał się B. w muskularnej asyście steryda z dwururką.
Obstawa dobył z bagażnika dyplomatkę, wyciągnął z nogawki zawiniątko i podał je B.
Pierwszy strzał ugodził ochroniarza. Fajtnął na wznak bez żadnych ale.
Drugi trafił B. w plecy tak, że większym kawałkiem siebie znajdował się w furgonetce, a mniejszym na zewnątrz, co wyglądało, jakby nie mógł się zdecydować, gdzie ma spocząć na zawsze.
Było po ptakach i co rychlej należało się zmyć, ponieważ gdyby mnie kto przydybał w towarzystwie truposzy, nie mógłbym udowodnić, że zabiłem ich na własną prośbę.
Przez chwilę nasłuchiwałem, ale po mojej robocie nie ma reklamacji. Jeno w skrzynce z pakułami oburzone szczury poczynały sobie skakać do zaspanych gardeł.
Schowałem przybory do futerału i przez nikogo nie molestowany, powlokłem się w stronę Sycylii. A później, to już wicie.
Marek Jastrząb
Napisane w Opowiadanie | Otagowane Marek Jastrząb, Opowiadanie | Brak komentarzy »